Specjaliści od emocji kontra belgijski konkret
Kiedy czytam kolejne wywody „specjalistów od emocji” o tym, że dzik w mieście to wyłącznie wina myśliwych, a jedynym słusznym rozwiązaniem jest „zostawienie natury samej sobie”, przypominam sobie lekcje z kursu w katowickim PZŁ. Tam uczymy się o biologii, wektorach chorób i twardej etyce. W mediach głównego nurtu dominuje za to kurs z „zarządzania oburzeniem”. Największym kłamstwem, jakie ostatnio serwują nam ci medialni treserzy nastrojów, jest mit o Belgii – kraju, który rzekomo „zakazał polowań i dzięki temu wygrał z ASF”.
Belgia: Tam, gdzie emocje przegrały z nauką Prawda jest taka, że belgijscy specjaliści – ale ci od weterynarii i epidemiologii z FASFC – nie bawili się w pisanie łzawych postów o „biednych dziczkach”. Kiedy w 2018 roku wirus uderzył w prowincję Luksemburg, reakcja była bezwzględna i precyzyjna niczym cięcie skalpela. Owszem, wprowadzono czasowy zakaz spacerów i tradycyjnych polowań zbiorowych w samej strefie zero, ale zrobiono to wyłącznie po to, by nie płoszyć zwierzyny i nie roznosić wirusa mechanicznie na butach czy kołach samochodów.
W tym samym czasie ruszyła machina, o której nasi rodzimi „specjaliści od emocji” wymownie milczą: totalna depopulacja. Belgowie postawili 300 kilometrów solidnych płotów, a w strefach buforowych wybili populację dzika do zera. Nie do „rozsądnego minimum” – do zera. Wykorzystano odłownie, noktowizję i całodobowy ostrzał sanitarny prowadzony przez profesjonalistów. Efekt? W dwa lata kraj stał się wolny od ASF. To nie był triumf empatii nad „krwawym hobby”, to był triumf profesjonalnego zarządzania nad biologiczną katastrofą.
Katowicki poligon doświadczalny Na naszym śląskim podwórku mamy jednak własną specyfikę. Tutaj „specjaliści od emocji” mają się świetnie, karmiąc opinię publiczną wizją dzika jako „zagubionego sąsiada”. Prawda jest znacznie mniej fotogeniczna: dzik na osiedlu w Ligocie czy Brynowie to już nie jest „dzika natura”. To de facto zwierzę hodowlane na darmowym wikcie z naszych śmietników i wyrzucanych pod bloki obierek.
Jako stażysta i przyszły myśliwy widzę tę przepaść każdego dnia. Z jednej strony mamy twarde dane o narastającym zagrożeniu, z drugiej – medialny mur zbudowany z manipulacji. „Specjaliści od emocji” sprytnie pomijają fakt, że ich narracja jest dla tych zwierząt wyrokiem. Ucząc ludzi, że dzik to „fajny puszek”, skazują te osobniki na śmierć pod kołami aut lub konieczność drastycznej eliminacji, gdy w końcu dojdzie do tragedii na placu zabaw.
Koniec pudrowania rzeczywistości Czas przestać przepraszać za to, że opieramy się na faktach. Model belgijski udowodnił, że tylko radykalne, naukowe podejście przynosi rezultaty. Tam nikt nie pytał influencerów o zdanie przy planowaniu stref sanitarnych. U nas debata publiczna ugrzęzła w bagnie sentymentalizmu, który z realną ochroną przyrody nie ma nic wspólnego. To, co serwują nam media, to jedynie estetyczny plaster na ropiejącą ranę – ładnie wygląda na ekranie smartfona, ale pod spodem niszczy ekosystem.
Jako przyszły selekcjoner wiem jedno: prawdziwa opieka nad naturą nie polega na zbieraniu lajków. Polega na braniu odpowiedzialności za trudne decyzje, które zapewniają równowagę i bezpieczeństwo – zarówno nam, jak i samej zwierzynie. Musimy odsiać medialny szum od biologicznej prawdy, by chronić to, co najcenniejsze. Tylko działając w zgodzie z wiedzą, a nie z chwilową modą, jesteśmy w stanie dbać o dzikie dobro. I to jest jedyna droga, która ma sens – nawet jeśli nie zmieści się w chwytliwym, zmanipulowanym nagłówku.
Autor: Szorstki