Nowi Mieszczanie w Szorstkich Futrach: Czego o dzikach nauczyła nas pandemia?
Pandemia była dla nas końcem świata, jaki znaliśmy. Dla dzików? Jedynie wielką wyprzedażą nieruchomości. Gdy w 2020 roku świat uległ antropauzie, a my, spanikowani, liczyliśmy zapasy makaronu i barykadowaliśmy się za wieżami z papieru toaletowego, natura dokonała wrogiego przejęcia. To, co zaczęło się od uroczych filmików z warchlakami na placach zabaw, dziś jest regularnym kryzysem zarządzania populacją. Czego nauczyliśmy się przez te lata? Przede wszystkim tego, że dzik to nie gość. To gatunek synantropijny, który w miejskim betonie odnalazł swoje nowe optimum biotopowe.
Śmierć strachu na własne życzenie W klasycznej etologii istnieje pojęcie dystansu ucieczki – tej niewidzialnej granicy, po przekroczeniu której zwierzę salwuje się ucieczką. Lockdowny tę granicę po prostu zatarły. Przeszliśmy przyspieszony proces habituacji: przyzwyczailiśmy dziki do obecności bodźców, które wcześniej budziły w nich lęk. Dzisiejsze pokolenie Sus scrofa nie wykazuje już atawistycznego strachu przed człowiekiem, bo i dlaczego miałoby go mieć?
Dla nich szum obwodnicy to kojące tło ich areału osobniczego, a my przestaliśmy być drapieżnikami szczytowymi. Staliśmy się za to darmowymi automatami do wydawania kalorii. Dziki przestały nas szanować, bo miasto stało się dla nich bezpieczniejszą ostoją niż las. Tam trzeba walczyć o przetrwanie, uważać na nagonkę i szukać żeru. U nas wystarczy poczekać pod altaną śmietnikową na „dary losu” od mieszkańców.
Biologiczna nadprodukcja Miasto rozpieściło dziki tak bardzo, że ich biologia zwyczajnie zwariowała. W lesie natura ma swoje bezpieczniki: mroźne zimy czy lata nasienne, kiedy dęby i buki sypią żołędziami. W mieście te hamulce nie działają. Miejska wyspa ciepła sprawiła, że luty w Gdyni czy Warszawie jest dla nich jak maj w głębi puszczy. Stały dostęp do wysokobiałkowej wyżerki (od resztek pizzy po wysypujące się bioodpady) sprawił, że mamy do czynienia ze zjawiskiem huczki ciągłej.
Lochy mogą wchodzić w cykl rozrodczy niemal o każdej porze roku, a młode osiągają dojrzałość płciową w tempie błyskawicznym. Efekt? Przyrost zrealizowany – czyli liczba młodych, które dożywają dorosłości – w miastach kilkukrotnie przebija statystyki z tradycyjnych obwodów łowieckich. Produkujemy dziki na skalę przemysłową, nie dając im żadnej naturalnej alternatywy.
Między paragrafem a emocjami I tu dochodzimy do momentu, w którym samorządy walą głową w mur. Gospodarka łowiecka w Polsce opiera się na twardych danych: Rocznych Planach Łowieckich i inwentaryzacjach. Ale miasto to teren wyłączony z użytkowania łowieckiego. Tu nie ma miejsca na tradycyjny pokot czy klasyczną selekcję osobniczą.
Polski Związek Łowiecki tkwi w imadle. Z jednej strony mamy bat w postaci odstrzałów sanitarnych związanych z ASF, z drugiej – realne zagrożenie przy użyciu broni w gęstej zabudowie. Pozostaje jedynie odłów z uśmierceniem, co w oczach opinii publicznej z marszu staje się „morderstwem na Bambim”. Jesteśmy hipokrytami: chcemy bezpiecznych chodników i czystych trawników, ale negujemy jedyne skuteczne narzędzia regulacji populacji, jakie nam zostały.
Pułapka luksusu Czy miasto to dla dzika raj? Raczej złota klatka. Te zwierzęta przechodzą proces deewolucji. Tracą instynkt, tracą dzikość, stając się zakładnikami naszej niefrasobliwości. Płacimy za to ogromną cenę – nie tylko w zniszczonych ogrodach, ale w realnym zagrożeniu fizycznym.
Pandemia była chwilą słabości, którą dziki wykorzystały z bezlitosną, biologiczną precyzją. Dziś to my musimy zdecydować: czy nauczymy się żyć z „dzikim” sąsiadem, który w każdej chwili może stracić cierpliwość, czy wreszcie zrozumiemy, że dokarmianie go to nie empatia, lecz skazywanie gatunku na degenerację. W tym sporze powrót do lasu jest już tylko romantyczną mrzonką – te dziki lasu już nie potrzebują. One potrzebują nas, a raczej naszych odpadków. Musimy w końcu pojąć, że dzikie dobro zaczyna się tam, gdzie kończy się nasze wygodnictwo i infantylne dokarmianie dzikich zwierząt kosztem ich własnej natury.
Autor: Szorstki